kwartalnik rzut

Wizualne bragga

Rozmowa z Zakasem

z Zakasem
streetartowcem i grafficiarzem od 20 lat działającym we Wrocławiu,

rozmawiała
Zofia Piotrowska


Malujesz już bardzo długo. Udało Ci się jakoś związać swoje życie zawodowe z graffiti?

Mój kolega zaśmiał się kiedyś, mówiąc, że dorosły grafficiarz zostaje albo grafikiem, albo dealerem. W moim przypadku to się sprawdza. Projektowaniem graficznym na poważnie zająłem się trzy lata temu, chociaż w Photoshopie dłubię od wielu lat. Na początku hobbystycznie, żeby zrobić zina, od paru lat zawodowo. Grafików nikt nie pyta o przeszłość, jaką szkołę się skończyło, liczy się portfolio. Graffiti to też umiłowanie do liter, więc naturalną konsekwencją są design i typografia. Wcześniej potwierdziła się też druga część słów kolegi – w swoich latach dwudziestych byłem zajęty staczaniem się na dno. Jeszcze do niedawna byłem mocno zaangażowany w niszczenie swojego życia, mam za sobą uzależnienie, próbę samobójczą, więzienie, stany depresyjne – całą kolekcję. Zastanawiające, że grafficiarze, mówię tu stricte o grafficiarzach, nie o streetartowcach, to ludzie o destrukcyjnej osobowości. Z jednej strony dotyczy to destrukcji miasta, z drugiej samego siebie. 

To środowisko nakręca destrukcyjne zachowania?

Nie, środowisko grafficiarskie nie nakręca takich zachowań. Myślę, że dla wielu młodych, szczególnie dla dzieciaków z niższych klas społecznych, do których się zaliczałem, jest kreatywnym ujściem energii, pewnie niejednego uratowało przed nieciekawymi sytuacjami. Jednak kiedy myślę o znajomych, albo nawet znanych postaciach ze sceny nowojorskiej, to wiele osób ma za sobą trudne przejścia.

W jaki sposób poznałeś graffiti i dlaczego zacząłeś malować?

Czy chcę, czy nie chcę, jestem produktem swojego środowiska. Wychowałem się na Kozanowie, jednym z największych blokowisk w mieście, w mekce wrocławskiego hip-hopu. Pod koniec lat 90. i na początku XXI w. graffiti było bardzo modne. Praktycznie co drugi młody chłopak miał swojego taga [stylizowany podpis – przyp. red.] i coś malował. Kiedy miałem 14 lat, też zacząłem. Przez wiele lat zajmowałem się stricte hip-hopowym malowaniem, czyli po prostu malowałem swoje imię, ile się da, żebym był widoczny i żebym zdobył szacunek chłopaków z ośki [osiedla – przyp. red.]. Miałem wtedy dużo dziwnych imion, nawet moi znajomi grafficiarze śmiali się ze mnie, że co pół roku zmieniam sobie taga. Ewidentnie mocno poszukiwałem czegoś, co by najlepiej wyraziło moją tożsamość.

A poza osiedlem? Szukałeś gdzieś jeszcze swojej tożsamości?

Później, jako nastolatek, bardzo mocno wszedłem w kulturę punkrockową, a z kultury punkrockowej jest już bardzo blisko do skrajnie lewicowych ideologii, takich jak anarchizm i inne, których nie nazwę już ideologiami – do ekologii, wegetarianizmu itd. Właśnie takie anarchistyczne spojrzenie na świat mocno mnie ukształtowało. Człowiek chciałby wierzyć, że jest pionierem albo że jest totalnie niezależny od otoczenia. Teraz, jak patrzę wstecz, to widzę, że zacząłem robić street art wtedy, kiedy dziwnym zbiegiem okoliczności był on na topie – czyli w latach 2007 i 2008. To był moment, kiedy scena streetartowa żyła we Wrocławiu. Było mnóstwo szablonów wlepek. Potem z jakiegoś powodu to siadło. Nie wiem, może ci wszyscy ludzie, którzy to tworzyli, wyjechali za granicę.

Może po prostu wyrośli?

Może. Ogromnym problemem w street arcie jest to, że nie ma wymiany pokoleniowej. Młodzież po prostu nie chce malować. Jest jej dużo mniej, niż było nas kiedyś. Ja mam 33 lata. Może się to wydawać dużo jak na grafficiarza, ale średnia wieku na wrocławskiej scenie oscyluje wokół trzydziestki.

Raz wspominasz o graffiti, teraz mówisz o street arcie. Czym się one od siebie różnią?

Ciekawe pytanie, nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Rozgraniczam te dwa pojęcia, bo graffiti writerzy dbają mocno, żeby ludzie postrzegali ich nurt jako inny od street artu. Zawsze odczuwałem, że grafficiarze mocno z góry patrzą na street artowców – nie ma w tym hejtu, raczej oceniają to jako durnowatą zabawę. Jestem w stanie zrozumieć, co stoi za ich odczuciami. Rzeczywiście grafficiarze podejmują ogromne ryzyko, street art jest dużo mniej niebezpieczny, przynajmniej w większości jego form. Rozklejanie wlepek to jest nic, zrobienie szablonu – też nic. Podejrzewam, że ta logika stoi za tym grafficiarskim dystansowaniem się do street artu.

Czyli działa zasada im niebezpiecznej, tym lepiej?

Jest to zrozumiałe, kiedy się robi coś nielegalnego, coś hardcorowego, to do umiejętności artystycznych muszą dojść jeszcze zachowanie zimnej krwi, odwaga i determinacja. Czasami ciężko znaleźć kompromis pomiędzy graffiti a codziennym życiem. Człowiek wraca z malowania o trzeciej w nocy, a o siódmej trzeba wstać do pracy. To już wymaga wiele samozaparcia. Street art za to można robić w pewnych miejscach nawet w środku dnia. Ale nie będę krytykował street artu, bo sam jestem na poły streetartowcem.

Czemu służy cała ta determinacja? Jakie są ambicje graffiti?

Celem grafficiarzy z nurtu hip-hopowego – chociaż umownie mówię hip-hopowego, bo połowa osób nie słucha hip-hopu czy rapu, ale jednak graffiti wywodzi się z kultury hip-hopowej – jest wypromowanie swojej osobowości. W muzyce rapowej „bragga” to określenie na wychwalanie swoich umiejętności, od niej wywodzi się cały nurt rapu. Graffiti działa podobnie. Nie interesuje mnie, co odbiorca pomyśli na temat obrazka, który umieściłem. Interesują mnie tylko moja własna satysfakcja i opinia ludzi ze środowiska grafficiarskiego. Graffiti jest w swojej naturze bardzo egoistycznym aktem.

Zawsze miałam wrażenie, że graffiti jest zaangażowane społecznie. U swoich początków nowojorskie graffiti na pociągach, które z biednych dzielnic wjeżdżały do bogatego Manhattanu, miało być sposobem na przejęcie przestrzeni, z której malujący byli wykluczeni. To nadinterpretacja?

To prawda, choć jednocześnie trzeba sobie zdawać sprawę, że większość społeczeństwa nas nienawidzi. Wiem, bo czytam komentarze pod artykułami o złapaniu grafficiarza. Myślę, że 80% populacji najchętniej powiesiłoby nas na pręgierzu w rynku albo wymierzyło karę chłosty. My mamy pełną świadomość tego faktu i odczuwamy na sobie nienawistne spojrzenia. Jeśli grafficiarze w Nowym Jorku chcieli być dostrzeżeni, było to mocno ofensywne i nie było w tym chęci aprobaty – ani ze strony społeczności artystycznej, ani szeroko pojętego społeczeństwa. Działali w ofensywie, na zasadzie: robimy co chcemy, a wy nie jesteście w stanie nas złapać.

Dzisiaj nie wszyscy malują w ofensywie i nie wszystkich streetartowców społeczeństwo nienawidzi. Są wandalizm i malowanie po ścianach, ale są też murale, które są „ładne i lubiane”.

Murale rzeczywiście są ładne i są w stanie przemówić do szerszego grona odbiorców. My, grafficiarze, wychodzimy jednak z założenia, że sztuka wcale nie musi pokrywać się z powszechną wrażliwością estetyczną. Prawda jest taka, że sztuka współczesna na maksa oddala się od powszechnej, ludowej wrażliwości estetycznej. Czasami mam nawet wrażenie, że jest jej przeciwna i tak samo ofensywna jak graffiti. Jest trochę bardziej ugrzeczniona, bo można ją zobaczyć w galeriach i powstaje w zgodzie z prawem.

Czyli ładny, skomercjalizowany street art jest mniej wartościowy?

Nie mam absolutnie nic do komercjalizacji – czyli tego, że ludzie robią za pieniądze to, co kochają robić. Mnie nawet cieszy, że powracają murale reklamowe. Jestem fanem oldskulowych klimatów, taka reklama budzi moją sympatię. Najchętniej usunąłbym wszystkie billboardy i przeniósł to wszystko na murale na ścianach budynków. Ogólnie grafficiarze też nie są wrogo nastawieni do komercjalizacji, tylko mają swoją własną pasję, która polega na czymś zupełnie innym. Ich wizja artystyczna opiera się na tym, że z graffiti nie ma się ani pieniędzy, ani sławy w dosłownym znaczeniu.

Dlaczego sam zrezygnowałeś z robienia wyłącznie graffiti i wybrałeś street art?

Zacząłem robić street art, kiedy byłem anarchistą i uważałem, że mam dużo rzeczy do powiedzenia społeczeństwu. Niektóre we mnie się dusiły i aż kipiały, wiedziałem, że street art jest naprawdę dobrym narzędziem, żeby je wyrazić i zakomunikować. Ogólnie byłem dosyć płodnym artystą, moje prace były w wielu miejscach. Widziałem, jak ludzie na nie reagują. Jadąc tramwajem – to było jeszcze, zanim pojawiły się kamery we wszystkich składach – widziałem sytuacje, kiedy pasażerowie robili komórkami zdjęcia moich szablonów. Widziałem interakcje, widziałem, że prace nie powstają w próżni. W pewnym momencie poczułem, że nie chcę być egoistą. Skoro już robiłem coś nielegalnego i etycznie wątpliwego, nie chciałem tego robić w pełnej opozycji do społeczeństwa. Nawet więcej, chciałem zerwać zasłonę tajemnicy z graffiti i stworzyć postać, która ludziom niewtajemniczonym pokazałaby, kim jest grafficiarz – w jaki sposób myśli, w jaki sposób odbiera zjawiska społeczne i polityczne. Dlatego pojawiłem się w mediach społecznościowych.

To wtedy powstał Zakas? Skąd się wziął ten pseudonim?

Wcześniej robiłem street art pod innymi pseudonimami. Później pojawił się Zakas, a potem podjąłem decyzję, że chcę być na Facebooku i na Instagramie. Dlaczego Zakas? Zawsze chciałem mieć taga, który nie byłby tylko zlepkiem fajnie komponujących się liter, ale który coś by znaczył, którego znaczenie i brzmienie podobałyby mi się tak samo jak kompozycja liter. Chciałem też, żeby wyróżniał się na tle innych. Nie pamiętam, jak wpadłem na pomysł z Zakasem, ale pamiętam, że od razu mi się to spodobało – robić coś nielegalnego, pisząc „zakaz”. Wiedziałem, że dla ludzi, dla przechodniów to będzie zagwozdka, a co najmniej że zostanę przez nich zauważony. Takie było założenie Zakasa, że to już nie jest tylko egoizm, że nie robię tego dla siebie, ale chcę zwrócić uwagę normalnych zjadaczy chleba. Ostatnia litera „s” nawiązuje do hip-hopowej tradycji, w której zamienia się poprawnie zapisane spółgłoski na te, które się słyszy – np. w nazwie Warszafski Deszcz jest „f” zamiast „w”.

Media społecznościowe są dla Ciebie ważne?

Media społecznościowe nie są specjalnie popularne wśród grafficiarzy, bardziej wśród streetartowców. W internecie więcej ludzi może zobaczyć moje prace, inaczej jestem ograniczony tylko do przechodniów. Ja oprócz zdjęć swoich prac wrzucałem teksty, prozę, poetyckiewytwory. Parając się formą blogową, mogę ukazać więcej mojej osobowości artystycznej, w zasadzie własnej osobowości, i zrobić to lepiej, bo Zakas i ja to są dwa byty, które mocno się zazębiają.

Czy dzisiaj nie jest tak, że street art istnieje bardziej w internecie niż na ulicy?

Chciałbym tu zahaczyć o wcześniejszą wypowiedź, dotyczącą problemu wymiany pokoleniowej i zmniejszającej się liczby malujących. Ludzie tak mocno żyją w świecie wirtualnym, że dla twórców liczba lajków jest ważniejsza niż to, co mi było dane obserwować – pasażerowie reagujący na mój szablon w tramwaju. Nasza nieszczęsna młodzież żyje teraz rzeczywistością wirtualną.

Opowiesz jakieś historie o ekscytujących sytuacjach, o tym prawdziwym malowaniu na mieście?

Jest jedna sytuacja, którą zawsze wspominam z uśmiechem na ryju. Malowałem tramwaj na pętli, to był okres, kiedy byłem mocno zdeterminowany i szalony. Teraz się już trochę uspokoiłem. Malowałem tramwaj na pętli w biały dzień, w południe. Zrobiłem tzw. throw up, czyli szybką pracę, którą można wykonać w trzy minuty. Skończyłem ją robić, za chwilę zajechał kolejny tramwaj na ten sam tor. Motorniczy z nadjeżdżającego tramwaju zauważył, jak odchodzę, i od razu wyskoczył. Patrzy – graffiti, dotyka palcem – świeże. Spojrzał na mnie i pyta się: „co to jest?”. Więc mu mówię: „No właśnie taki gówniarz tu malował przed chwilą, pobiegł  w stronę bloków! Ja za nim pobiegnę, a pan niech dzwoni na policję”. I pobiegłem za tamtym grafficiarzem, dzięki czemu mogłem szybko oddalić się z miejsca zdarzenia.

Sama mam teraz ochotę wziąć puszkę farby i pójść malować. Szkoda tylko, że nie zawsze jest tak łatwo się wykręcić. Jak się kończą mniej szczęśliwe sytuacje?

Najmocniejsze i najtrudniejsze wspomnienia mam z jednego malowania w centrum miasta. Koledze, który stał na obczajce, coś nie pasowało, więc się stamtąd oddaliliśmy. Ktoś jednak musiał zdążyć nas zauważyć z okna i zadzwonić po policję, bo z jednego z samochodów wyszedł nagle duży łysy pan w skórzanej kurtce, okazując blachę policyjną. Zabrali nas na komisariat. Tam zostałem pobity tak, że nie mogłem złapać oddechu. Policjant się mnie o coś pytał, chciałem odpowiedzieć, ale nie byłem w stanie. Potem jeszcze wywrócił mnie na ziemię i dalej kopał. Na moim koledze inny policjant złamał sobie pałkę teleskopową. Był z nami wtedy młodszy chłopak, który był jeszcze nieletni, więc musiała po niego przyjechać matka. Chcieliśmy oczyścić go z zarzutów i wszystko wzięliśmy na siebie. Przesłuchujący policjant nie chciał przyjąć tej wersji do wiadomości, więc żeby nasz młodszy kolega się przyznał, przewrócił go na ziemię, usiadł na nim i zaczął go bić po twarzy. W końcu wstał z niego, nasz kolega też się podniósł. Na nasze szczęście w tym samym momencie do pokoju wparowała jego matka. Gdy zobaczyła, że oko syna puchnie, zrobiła taką awanturę policjantom, jaką potrafi zrobić tylko matka. Powiedziała, że media się dowiedzą i że ma znajomości. Ostatecznie policjanci nie dali nam nawet zeznań do podpisania – nie przez błąd czy niedopatrzenie, tylko celowo. Zrobili to, sugerując, że oni tej sprawy nie będą dalej ciągnąć i żebyśmy my też nie robili z tego żadnej afery.

Trauma po takim doświadczeniu raczej nie buduje zaufania do policji.

Ta historia wydarzyła się 10 lat temu. Polska policja, jakakolwiek jest, już nie jest aż tak agresywna. Jesteśmy w strukturach unijnych, to wymusza pewną kontrolę jej zachowania. Kiedyś życie na ulicach było dla młodych mężczyzn strasznie niebezpieczne. Ulice były brutalne, nawet idąc do klubu, musiałeś się liczyć z tym, że wracając nocą do domu, będziesz się musiał z kimś bić. To było realne zagrożenie. Dodatkowo kontakt z policją oznaczał duże szanse na bycie pobitym. W dzisiejszym dyskursie społecznym nie mówi się o tym, że młody mężczyzna ma stuprocentową pewność, że będzie ofiarą przemocy fizycznej. Na szczęście młodzież już jest inna i policja też już jest inna.

Nie mam doświadczenia w bezpośredniej styczności z policją, chociaż niestety nadal słyszy się historie o przemocy na posterunkach. Powszechność przemocy wobec chłopaków jest rzeczywiście przerażająca. Jeśli chodzi o przestrzeń ulicy – co miało albo mogłoby mieć wpływ na zmiany w zachowaniu i ograniczenie agresji?

Cóż, to niełatwe pytanie. Z moich obserwacji wynika, że najciemniejsze zakamarki miasta to te, w których skupione są tylko osoby wykluczone lub na granicy wykluczenia, miejsca, gdzie nie ma żadnego przemieszania ludzi z różnych warstw społecznych. To trochę jak w więzieniu – osoby z grupy podwyższonego ryzyka, stłamszone w jednym miejscu, tylko uczą się od siebie nawzajem, jak być jeszcze bardziej dysfunkcyjnym. Cokolwiek się myśli o gentryfikacji, w tym kontekście naprawdę działa – w okolicy pojawiają się mieszkania ludzi z klasy średniej i dana dzielnica sprawia wrażenie wyraźnie bezpieczniejszej. Ale jest druga strona medalu – koszty życia na takiej dzielnicy idą w górę i biedniejsi ludzie mogą mieć jeszcze bardziej pod górkę… To dywagacje ponad moje kompetencje, ja mogę jedynie dać pro tipa: nigdy nie daj po sobie poznać, że się boisz. Żadnego spuszczania głowy w dół, a jak czujesz, że może być naprawdę gorąco, musisz minąć typów, patrząc im prosto w oczy. Wydaję się szaleństwem, ale działa. Przynajmniej u mnie. 

Nie ma jednak co ukrywać, że konflikt z prawem leży u podstaw kultury graffiti. Na czym polega legenda malowania pociągów? Czy rzeczywiście jest to najbardziej niebezpieczne i przez to najbardziej ekscytujące?

Rzeczywiście malowanie pociągów jest trudne. Jest porównywalnie niebezpieczne co malowanie w centrum miasta, chociaż dużo mniej nieprzewidywalne. Maluje się na bocznicach kolejowych, zwanych przez grafficiarzy yardami. Żeby to robić, trzeba znać reguły gry – czy na yardzie jest ochrona, jeśli tak, to co ile ma obchód, w którym miejscu ma swoją budę, w którym miejscu można malować, a w którym nie, o jakiej porze dnia. Doświadczeni grafficiarze znają te zasady, dzięki temu są w stanie malować, mocno minimalizując ryzyko. Ochroniarze też są zdeterminowani, kładą się na podłogach pociągów i potrafią pół nocy nasłuchiwać, czy na zewnątrz nie szeleści jakaś puszka. Jak coś usłyszą, wyskakują z pociągu, krzycząc „stój, bo strzelam!” – nie mają z czego strzelać, ale wiadomo że chodzi o psychologiczną broń. Wtedy trzeba brać nogi za pas. Trzeba uciekać. Na kolei bieganie jest niebezpieczne, na torach bardzo łatwo skręcić sobie kostkę, przewrócić się albo poślizgnąć. Raz zostałem złapany, bo się potknąłem i SOK-iści [pracownicy Służby Ochrony Kolei – przyp. red.] zdążyli do mnie dobiec.

To brzmi bardziej jak uczciwa gra, w której obowiązują ustalone reguły.

Wiesz, kto jest wrogiem, wiesz, że przed pomalowaniem trzeba wejść do pociągu i przejść cały skład, żeby zobaczyć, czy ktoś się nie czai na podłodze. Jak nagle zauważasz w totalnej ciemności, że parę metrów od ciebie siedzi na podłodze ochroniarz, to serce podchodzi do gardła. Wtedy też trzeba uciekać. Reguł jest dużo, kiedy kolej albo zarządca metra wprowadzają nowe zabezpieczenia, to grafficiarze znajdują sposoby, żeby je obejść. W niektórych systemach metra założono nie tylko kamery, ale nawet detektory ruchu. Ruskie wariaty potrafią wielkim młotem wybić dziurę w ceglanej ścianie, przejść przez nią, pomalować wagony w tunelu. Przynoszą ze sobą zaprawę i szpachle – zamurowują dziurę, żeby ochrona się nie skapnęła, którędy weszli. Grafficiarze są tak zdeterminowani, że potrafią kosmiczne rzeczy robić. Niektórzy się na linie spuszczają przez szyby wentylacyjne. To jest gra, która będzie się toczyć jeszcze długo.

Tagujesz, malujesz z ręki i od szablonów, robisz plakaty i wlepki. Całkiem sporo form. Jak się to wszystko robi?

Nie jestem specjalnie oryginalny, zabawa formą nigdy nie była moim priorytetem. Plakaty są najprostsze, robi się klej z mączki ziemniaczanej i jedzie się z koksem. Wlepy można robić samemu różnymi metodami DIY, można też zamówić w drukarni, jeśli ktoś chce się poświęcać i wydawać pengę [pieniądze – przyp. red.]. Nie wiem, czy chcę o tym mówić w wywiadzie, ale jak byłem młodszy, to na maksa dużo kradłem różnych rzeczy, które służyły mi w tworzeniu street artu. Wynosiłem na potęgę taśmy obustronnie klejące z marketów budowlanych, bo nie stać mnie było na zamawianie naklejek w drukarni. Zdarzało mi się kraść farby, co jest w zasadzie grafficiarską tradycją. W Nowym Jorku w ubiegłym wieku te wszystkie dzieciaki nie kupowały farb, bo ich nie było na to stać. Co ciekawe, w składzie środowiska grafficiarskiego było niewspółmiernie dużo białych dzieciaków, podczas gdy w breakdansie i rapie byli głównie czarni i Latynosi. Myślę, że to dlatego, że tylko je było stać na malowanie. Graffiti jest naprawdę drogą pasją, na puszki z farbą wydaje się kupę kasy. 

Społeczeństwo powinno docenić, że inwestujecie w miasto tyle pieniędzy.

Graffiti to jest też pasja, w której ludzie się bardzo wypalają. Wracają po jakimś czasie, bo to jest jak uzależnienie. Każdy grafficiarz przechodził przez „wypalenie zawodowe” – wydaje się kupę kasy, człowiek się wyciera po domkach policyjnych, nie ma z tego żadnych pieniędzy, sławy w dosłownym znaczeniu też żadnej. Nieraz zadaję sobie pytanie: „po co ja to robię?”. Ale to jest uzależnienie.

Uzależnienie od adrenaliny?

To jest naturalny haj, kop. Oprócz adrenaliny wydzielają się dopamina i inne neuroprzekaźniki. Namalowanie graffiti jest niesamowitym środkiem znieczulającym, sam wiem to po sobie. Ludzie mają problemy, tracą pracę, partnerkę lub partnera, dotykają ich tragedie rodzinne. Kiedy idzie się malować pociąg, to nie tylko w czasie akcji, ale też wiele godzin później, człowiek czuje autentyczne emocjonalne znieczulenie. Dopamina i adrenalina sprawiają, że wszystkie osobiste problemy schodzą na dalszy plan

Więcej tekstów
łąka z kroawmi, a w tle panorama blokowiska
Uspołeczniamy Berlin